Stała się rzecz straszna, nie wiem jak to zrobiłeś, ale nie jestem
już jedna i na dodatek nie należę do siebie.
Moje myśli podążają z Tobą, za Tobą, są przy Tobie. Skomle jak zagubiony psiak,
jestem totalnie rozbita. Nie mogę spać i jestem ustawiona na pozycje: czekaj i
waruj.
Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Jednocześnie jestem
rozedrgana wewnętrznie, podniecona do skraju możliwości, a jednak ciało
fizycznie nie należy do tej części mnie sprzed kilku godzin. Okropne i przerażające, cudowne i porywające
ambiwalentność tego co jest we mnie sprawia, ze krążę jak daleka galaktyka,
obserwuje samą siebie, z zewnętrz, z poza siebie. Mam w sobie tą nieprzepartą ochotę
pisania do Ciebie żeby nie zwariować.
Boję się, boję się na poważnie, bo tylko niewielka cząsteczka,
resztka rozumu, jest lojalna wobec mnie, wszystko inne – zbuntowane: ciało i
dusza, reszta umysłu, marzenia, wszystko to jest sparaliżowane pragnieniem
Ciebie.
Obłęd, cholera czuję się jak jednostka, w której 90 % zastrajkowało
strajkiem głodowym bezwarunkowym
śmiertelnym. Słyszę jedynie skowyt w sobie, krótki oddech i przeogromny głód Ciebie,
Twojego głosu, spokoju, pewności siebie.
Jak bardzo pragnę się zatracić w Twoim głosie, gdy jesteś w
mojej głowie, milknięcie, zatrzymanie oddechu, błogość i jednocześnie
przeraźliwy lęk, który mnie wypełnia, nasyca, upaja, zabiera i daje siły, by
wciągnąć następny oddech.
Boje się, cholernie się boje, ze nie dam rady opanować tych
wszystkich warstw i płaszczyzn we mnie, ze przestane kontrolować emocje,
uczucia, myślenie.
Po prostu jedno wielkie łoł.
Obserwuje jak błyskawicznie powstają mury we mnie, mury
chroniące Twoja własność.
Zapisałam, by nie uciekło w niepamięć ... 2010-07-15 21:33:16
skomentuj (1)
O piątej obudził mnie śpiew ptaków.
Nie otwierając powiek
czułam różową jasność wypełniającą pokój.
Krzyk ptactwa niemal ogłuszał. Wdzierał
się w zakamarki każdej szarej komórki i przemieniał ją w uśmiech na twarzy (gościł długo przed tym zanim uświadomiłam sobie
okoliczności przebudzenia).
Otwarcie powiek… doznałam olśnienia.
Skierowana ku światłu niczym nie zasłoniętego okna odnotowałam, najpierw
niesamowitą różowość poranka (choć zanim je jeszcze otworzyłam, tę różowość raczej
przypisywałam wypatrywaniem świata przez zamknięte powieki).
Uniosłam je, a ta różowość
pozostała, delikatna, świetlista. Przymrużonymi oczkami odnotowałam zieleń hoi
woskownicy, obsypanej różowo - białymi gwiazdeczkami (roztaczającymi
niemiłosiernie słodki zapach), fiolet fiolka alpejskiego dopełniał obrazu.
Zwinięta pod ciepłem kołdry, napięłam wszystkie mięsnie nie rozwijając jednak kłębka
ciała.
Przytulenie do cieplej, pachnącej nocą pościeli.
Wielki błękit mojej tratwy,
przyjemny spokojny .
Pomyślałam, że w tym śpiewie, woni, kolorach zawiera się … ,
że tak chyba wygląda szczęście. Przez chwile czułam jego bezmiar w sobie. Delektując
się każdą cząsteczką.
Uśmiech i radość przymrużonych oczu.
Do chwili, gdy nie zdałam
sobie sprawy, że jest w tym wszystkim poważny brak.
Moment zastanowienia jak długo już ten brak występuje w moich
błękitach i…. sio, poszły, a kysz, odrzuciłam tę myśl nie chcąc psuć sobie
przyjemności płynącej z poprzedniej znacznie przyjemniejszej chwili.
Szybciutko przywróciłam mój system na kontemplacje śpiewu, zapachu, różowej jasności,
błękitu i rozpasania miłych myśli.
Skrzypienie wikliny uświadomiło mi, że pies także budzi się powoli, albo
jedynie zmienia pozycje wypełniając, leniwym przeciągnięciem suczego ciała, przestrzeń
kosza. Jeszcze tylko sapnięcie i nastąpiła wiklinowa cisza.
Nic nie zakłóca mojego
poczucia szczęścia, a każdy kolejny bodzieć powiększa jakby przestrzeń przezeń zajmowaną.
Dźwięk skrobanie do drzwi. Nie udało się ich odsunąć
delikatnością łapek i ostrością pazurków. Rada nie rada, na sekundkę opuściłam mój
azyl i uchyliłam drzwi.
Kotka wsunęla niemal natychmiast głowę, sprawdzając czy
pies nie czycha na jej życie, wprysnęła z impetem w przestrzeń łóżka.
Zniknęłam znowu w embrionie szczęścia.
Kątem oka
obserwowałam łuk drobnego ciała kotki wygięty na rogu błękitu, kilka liźnięć po
boku uznała za wystarczającą toaletę poranną, wolała raczej poprzeciągać się, wyginając
ciałko z łapkami wysuniętymi maksymalnie do przodu wklęsłym grzbietem i wyokrąglonym
zadem. W końcowej fazie ziewając z silnie zaokrąglonym ku górze języczkiem. Całość
przypominało jedno wielkie przewrócone S z zaburzoną proporcją brzuszków.
Uśmiechnęłam
się do niej i mimo, że pewnie tego nie widziała telepatycznie odebrała to jako zachętę
do pieszczot, teraz już zdecydowanie z moim udziałem. Podbiegła ruchem kołyszącej
się baletnicy przez przekątną błękitu, ocierając się gwałtownie oczekiwała drapania,
głaskania, tarmoszenia. Przez trele ptaków przebiło się jej mruczenie i gotowość
na doznawaną rozkosz. Nie mogłam jej tego odmówić, przesuwałam dłoń po delikatnej
sierści nie zwracając uwagi na sypiące się kłaki, które po chwili malutkim,
delikatnym kłębuszkiem zaczepiły się o wilgoć nozdrzy, wywołując prychnięcie.
Nie przerwała, podjeżdzała ciałem pod moje
dłonie.
Przymrużaniu ocząt, pochylaniu i kładzeniu po sobie trójkącika uszków,
nie było końca.
Po kilku minutach skarciła mnie wzrokiem, napierając ciałem i przebierając
niecierpliwie łapkami, dając tym do zrozumienia, że moja pozycja jest
niestosowna do jej potrzeb.
Innymi słowy: kładź się na plecy i bierz mnie na
brzuch i nadal rob mi tak dobrze.
I jak się oprzeć tak subtelnej dominacji?
Górując nad moją twarzą, pozwalała mi
obserwowałć jej pyszczek w pełnej ekstazie, ocierający się o dłonie, palce,
i tak, i siak, i znowu owak.
Szczęście jest zaraźliwe i dobrze, że odrobiną
pozytywnych fluidów obdarzałyśmy się wzajemnie.
Ścierpły mi ramiona, lekko poprawiłam
pozycję, a tu… chyc, ogromna cześć szczęśliwości zeskoczyła na podłogę i zatrzymując
się za progiem patrzyła na mnie z nieprzebranym wyrzutem i ogromnym zdziwieniem,
że jeszcze nie skumałam, bo przecież „teraz
idziemy do kuchni coś przekąsić”.
Delikatne odsłonięcie kołdry spowodowało
koci galop w kierunku lodówki.
Z rozbawieniem i uśmiechem podążyłam za nią, już
na wejściu przywitał mnie przeraźliwy miałk, zagłuszający wszelkie ptasie trele
i czyniący mi wyrzut, że tak wolno tu dotarłam, a kocie jest GŁODNE, ba umiera
z NIEDOŻYWIENIA.
Rozbawiła mnie tym szybkim przejściem od stanu rozkoszy
do JESC!!!!
No cóż, czasami rozkosz miewa też potrzebę wciągnięcia co nieco, o czym Kubusie
wiedzą najlepiej.
Zapisałam, by nie uciekło w niepamięć ... 2010-05-02 08:43:42
skomentuj (2)
Niedospana, spowolnione ruchy, na twarzy uśmiech od ucha do
ucha zastygły pełnym blaskiem, gdy oczki przysypiają na siedząco. Gdy głowa
opada poniżej bezpiecznego poziomu prostuję się gwałtownie i pospiesznie wciągam
powietrze w nozdrza (wiadomo senność to niedotlenienie mózgu wiec głęboki wdech)
i przymykam oczy, zastygła w upojeniu... Twój zapach, chciałoby się powiedzieć
chwilo trwaj, ale niestety pojemność płuc jest mocno ograniczona , szybki
wydech i ponowne powolne zaciąganie niemal do upojenia.
Jakby tego było mało wtulam
podczas tej czynności twarz w dłonie.
Czy można nie myć dłoni przez miesiąc, by
zachować na nich zapach?
Zapisałam, by nie uciekło w niepamięć ... 2009-12-22 10:17:22
skomentuj (1)
Jeszcze ciemno i nie rozumiem czego chce ode mnie syn.
- Mama wstań, bo musze coś wydrukować do szkoły.
- Nie mogłeś tego powiedzieć wczoraj, która godzina? –
rozpluszczam oczy i widzę ciemność.
Jak dobrze, że czas szkoły średniej nie straszy mnie już, dzięki ci za to
Panie.
- Już muszę wyjść 7:30.
Wstaję i po omacku idę do komputera marudząc, że każdego
dnia to samo. Wprowadzam hasło, okazuje się, że tekst ze strony wikipedii
należy jeszcze przeedytować , moja cierpliwość się kończy, sadzam dziecko i każe
zrobić to samemu.
- Marcin, wczorajszy wieczór spędziliśmy razem w domu ,
miałeś czas na oglądanie anime, ale nie wspomniałeś słowem, że masz na dziś coś
do zrobienia – foch z mojej strony.
Idę do kuchni.
- MAMA!!! Drukarka piszczy, czy to znaczy że nie ma papieru?
- No nie ma – potwierdzam ze spokojem.
- A gdzie jest?
- No nie ma –
uśmiecham się, bo to przecież oczywiste.
Widzę czarną rozpacz w oczach dziecka.
- No chyba, że wydrukujesz na różowych kartkach - reflektuję
sięgając do pudełka z papierem.
- Nie masz innego koloru – rozpaczliwe błaganie, nasycone
niedowierzaniem, w głosie dziecka brzmi już cichutko i przymilnie.
- Nie ma - stwierdzam ucinając ciąg dalszy dyskusji i
wkładam do zasobnika drukarki, pięknie różowe karteczki.
- Dużo tego - komentuje niezadowolony pięć stron różowości.
Zapisałam, by nie uciekło w niepamięć ... 2009-12-17 09:00:44
skomentuj (0)
Chciałabym przestać
ciebie kochać;
Chciałabym nie widzieć
twoje twarzy gdy zamykam powieki;
Chciałabym nie szukać
w dotyku innych mężczyzn delikatności twoich
dłoni;
Chciałabym nie budzić
się w nocy i łkać z twarzą wtulona w poduszkę,
by dzieci
tego nie słyszały;
Chciałabym nie czuć
umierania, w każdej chwili gdy nie mogę czuć twojego zapachu blisko,
a jest tego tak niewiele – tak mało żyję,
tak często umieram;
Chciałabym pozwolić
odejść ci z moje głowy tak jak odszedłeś z mojej bliskości,
ale jeszcze tego
nie umiem;.
Najbardziej jednak, chciałabym wtulać się w twoje
ramiona.
Zapisałam, by nie uciekło w niepamięć ... 2008-12-22 11:31:02
skomentuj (2)
Dlaczego budzisz mnie po nocy myślami?
Chcę się kochać z tobą
do zatracenia, dotykać cię i pieścić.
Nie wiem czy to był dobry pomysł spotkać się
z tobą. Znowu rozpadam się na kawałeczki, płaczę nie umiejąc pogodzić bólu jaki
mnie wypełnił po braku ciebie. Jestem jak ćma w bliskości płomienia – umieram, choć
na ułamek sekundy przed śmiercią w pełni szczęśliwa, niemal u celu. Dlaczego jestem
gotowa uwierzyć we wszystkie twoje kłamstwa nawet te „szyte grubymi nićmi”,
żeby tylko móc wygrzewać się bliskością
twoich dłoni przy dotyku ust?
Zapisałam, by nie uciekło w niepamięć ... 2008-11-22 05:20:16
skomentuj (0)
Nie umiem być sama , stale mam nadzieję na znalezienie
bratniej duszy. I nie chodzi tu li tylko o
mężczyznę, ale w każdym poczynaniu odczuwam potrzebę bycia z drugim człowiekiem. Najgorzej idzie mi ze sprzątaniem,
w samotności nie umiem zabrać się za układanie, prasowanie itp. Wystarczy, że jest
w mojej bliskości choć jedna istota, która
mi w tym towarzyszy, po prostu jest przy mnie, siedzi w fotelu i rozmawia ze mną,
praca ma wówczas przebieg miły i nawet nie zauważam, że cokolwiek robię. Gdy
tylko zostaję w samotności, uciekam w siec – szukam ułudy kontaktu z drugim człowiekiem
i wszystko „leży odłogiem”.
Doświadczam samotności w domu. Przez mieszkanie przetaczają się
tabuny znajomych moich dzieci, one same siedzą w domu całą dobę, a przecież
trudno jest usłyszeć słowo skierowane do mnie. O współpracy, czy wspólnych działaniach
trudno mówić. I tu po raz kolejny odkrywam, że mimo instynktu stadnego, człowiek
skazany jest na samotność, samotność w małżeństwie, samotność z własnymi dziećmi.
Przeraza mnie to, i niepokoi szukam nieustająco kontaktu z
moimi bliskimi i jest to pasmo nieustających porażek. Gdzie popełniam błąd.
Czuje się we własnym domu jak bohaterka filmu ”Inni”
Zapisałam, by nie uciekło w niepamięć ... 2008-08-23 23:06:05
skomentuj (7)
|